Kategorie: Wszystkie | O tym nie | Offtop | Recenzja? | Szorty bez komentarza
RSS
poniedziałek, 03 października 2011
Sitting and watching

Wakacje już minęły, a we mnie wciąż siedzi odkrycie związane bezpośrednio z lipcowym festiwalem filmowym Nowe Horyzonty.

Idąc po nitce jaką był jamajski midnight movie "The harder they come" trafiłem na inny film wyprodukowany w tym kraju - "Countryman". Z oczywistych względów ciekawszy w jego ścieżce dźwiękowej niż utwory Bob Marley and The Wailers jest kawałek Dennisa Browna ;)

sobota, 29 stycznia 2011
I tak nie zależy nam na muzyce

Gdzieś tak po pół godziny od rozpoczęcia seansu z sali wychodzą zmęczone ostatnie osoby, które trafiły na niego przypadkiem (a trochę ich jest). W tym momencie można rozsiąść się w fotelu i spokojnie delektować filmem dokumentującym japoński underground muzyczny.

Muszę przyznać, że muzycy z kraju kwitnacej wiśni od jakiegoś czasu są dla mnie na pierwszym miejscu, gdy chodzi o umiejętność portretowania ponowoczesnej (cokolwiek to znaczy ;P) rzeczywistości. Jeśli "gwiazdami" są dla ciebie artyści w rodzaju Otomo Yoshihide, ten film to pozycja obowiązkowa. Co prawda okazuje się, że bohaterowie tej opowieści gdy siedzą razem przy stole, nie mają nic odkrywczego do powiedzenia. Ich muzyka broni się jednak sama. Cédric Dupire i Gaspard Kuentz umiejętnie ważą chaos z harmonią. A na koniec jednoznacznie dają do zrozumienia, że to stadko szurniętych Japończyków, to nie przypadkowe osoby robiące przypadkowy hałas.

Po wyjściu z sali kinowej w głowie pojawia się jednak jedna myśl - "Czy ja już tego nie widziałem?" - i tytuł innego filmu. Z pewnego rodzaju potwierdzeniem pojawia się wypowiedź jednego z reżyserów, Cedrica Dupire:

"Jedną z głównych idei, które towarzyszyły nam podczas realizacji filmu, było wyobrażenie sobie, że mamy do czynienia z historią science-fiction, w której po katastrofie z jakiegoś powodu na Ziemii ocaleli tylko muzycy. Oni grają w pustych, wyludnionych miejscach, wieszcząc ostateczny koniec. Poprzez swoją muzykę, przy użyciu tego, co pozostało z przeszłości, przywołują współczesny świat."

Bardzo przypomina mi to fabułę "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" Shinji Aoyamy. Jeśli ktoś po "I tak nie zależy nam na muzyce" ma ochotę na coś bardziej japońskiego i bardziej apokaliptycznego, to polecam.

niedziela, 11 kwietnia 2010
Ulica krokodyli...

... mi się przypomniała.

Przy okazji chciałem poinformować, że siedzeniopatrzenie się kończy/zawiesza do odwołania.

 

sobota, 03 kwietnia 2010
Co nas kręci, co nas podnieca

Gdzie mieszkają dzikie stwory - jakiś czas temu, chwaliłem się lekturą książkowego pierwowzoru. Umieszczony w tamtej notce link do trailera już nie działa i może tak jest lepiej, bo długo oczekiwany film mnie zawiódł. Rozwinięcie książki okazuje się w moim odczuciu zrobione na siłę i zastanawiam się, dla kogo? Chyba najbardziej dla sentymentalnych miłośników indie rocka, którym czytano kiedyś Sendaka do poduszki. Not me ;).

Szukając siebie - po raz kolejny dałem się komuś przekonać, że jestem w błędzie i film warto obejrzeć. Niestety po raz kolejny okazuje się to stratą czasu. Van Sant chałturzy, Connery chałturzy, a ja ziewam z nudów na kolejnym sztampowym filmie.

Viridiana - swego czasu obrazoburcze, teraz już trochę nadgryzione zębem czasu, wciąż jednak mocne dzieło mistrza Bunuela.

The yes men - tak, wiem, napisałem chyba dosyć optymistyczną recenzję drugiej części przygód yes menów. Nie zmienia to jednak faktu, że obejrzana przeze mnie wcześniej część pierwsza jest dużo słabsza. Jest bardziej nudno niż śmiesznie, a słaby scenariusz wypełniają dowcipy zrozumiałe tylko dla insiderów. Ale to było zanim yes meni zaczęli naprawiać świat :).

Gigante - przeuroczy przedstawiciel nurtu minimalistycznego kina artystycznego z Argentyny subtelnie parodiujący gatunek komedii romantycznej.

Limits of control - gwiazdorska obsada, rewelacyjne (jak zawsze) zdjęcia Christophera Doyla i skrajnie podzielone opinie. A ja się wstrzymam z komentarzem, bo mam ogromną ochotę zmierzyć się z tajemnicą najnowszego filmu Jima Jarmuscha jeszcze raz.

Jakby nie było - ten tytuł wydaje się zdecydowanie lepszy od tego w tytule notki. Woody Allen wraca z europejskich wojaży do NY i widać, że dobrze mu to robi. Może nie oferuje nic nowego, ale nawet jeśli jest to tylko typowa "allenowska" komedia z ogromną ilością ironii i sarkazmu, to na pewno na wysokim poziomie. I ten Larry David brawurowo zastępujący Allena w roli Borisa Yellnikoffa:

Avatar - się dałem skusić reklamie i ciekaw tego 3D byłem. Epicko, nie powiem i niebieskie ludziki fajne, ale generalnie jestem na nie, bo (czego się domyślałem przed seansem) warstwa fabularna leży. Fajna recenzja w jutubie:

 

Dom zły - nie podoba mi się. Kalka filmów braci Coen (za którymi nie przepadam) w PRL-owskich dekoracjach.

Połyskliwa skóra - kameralny, surrealistyczny, a do tego baardzo stylowy i  mroczny dramat. Mało znany, a szkoda.

wtorek, 30 marca 2010
Królik po berlińsku

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy, niektórych filmów już prawie nie pamiętam, pewnie dlatego, że na to nie zasługują ;)

Gilda - słynna scena z Ritą Hayworth ściągającą rękawiczkę... i właściwie niewiele więcej. Dorzucam do kupki z szyldem "klasyka odhaczona".

Królik po berlińsku - zaczyna się jak film przyrodniczy (Czubówna z offu!!), później jednak okazuje się, że mamy do czynienia z dokumentem fabularyzowanym, który z losu królików żyjących w okolicach muru berlińskiego czyni alegorię historii całego bloku wschodniego. Jest i wesoło, i wzruszająco. Brawa dla Konopki i ekipy.

Esterhazy - z "Królikiem..." w kinach w komplecie oferowany był podobny tematycznie krótkometrażowy film animowany. Bardziej bajkowy, może bardziej dla dzieci, ale nienajgorszy.

Tybetańska księga umarłych - dokument, który doczekał się w Polsce premiery z kilkunastoletnią obsuwą. Czy warto było czekać? Ja się zawiodłem. Może nie jestem w stanie przeskoczyć estetyki z początku lat '90 ubiegłego stulecia, ale naprawdę wydaje mi się, że Bardo Thodol zasługuje na coś mniej zajeżdżającego ckliwą cepelią.

Zły porucznik - Werner Herzog, robiący w hollywoodzkim stylu remake (który remake'iem nie jest) klasyka Abla Ferrary? Dziękuję, postoję. I nie tylko dlatego, że N. Cage jest dużo słabszy niż H. Keitel.

Kto się boi Wirginii Woolf - pierwszy film Mike'a Nicholsa. Kameralny, teatralny wręcz w formie dramat obyczajowy. I rewelacyjne kreacje Elizabeth Taylor i Richarda Burtona.

Pasażerka - ostatni, niedokończony film Andrzeja Munka. Ascetyczny, a zarazem jeden z najmocniejszych filmów o obozach zagłady. Zasłużone wyróżnienia w Cannes i Wenecji.

Vengeance - jeśli ktoś czyta tego bloga, to wie że lubię filmy, które kręci Johnnie To. Ten też chyba lubię, chociaż czasem mam ochotę zaliczyć go do grona nieudanych eksperymentów kooperacji wschodu z zachodem (takich jak Inju, Boarding gate czy I come with the rain).

Wbrew regułom - Irvinga nie czytam, za filmami Lasse Halströma nie przepadam. Niby można obejrzeć, ale już nawet nie za bardzo pamiętam o czym to było.

Blind side - jakoś zupełnie niechcący mam obejrzane prawie wszystkie filmy nominowane w tym roku do oskara w kategorii "najlepszy film" (brakującego Serious Man raczej w najbliższym czasie nie obejrzę) i sam się sobie dziwię :P. Na szczęście Blind side należy do tych lepszych. Niby nic nowego, klasyczny film sportowy ze scenariuszem "from zero to hero", a jednak jego bezpretensjonalność potrafi wzruszyć. I statuetka dla Sandry Bullock chyba zasłużona.

piątek, 26 marca 2010
Jeszcze nie wieczór

ok, bez zbędnego tłumaczenia - kilka dni nadrabiania zaległości się szykuje, na początek notka, która w większości powstała prawie dwa cztery miesiące temu :| :

ależ ten czas leci...

Pingwiny z Madagaskaru - o zgrozo, serial. Nie dobrnąłem do końca serii tej papki popkulturowych cytatów. A przecież bohaterowie "Madagaskaru" tacy sympatyczni.

I come with the rain - wielki zawód, bo po reżyserze "Rykszarza" spodziewałem się raczej kolejnego arcydzieła a nie wydumanej porażki artystycznej. Jak ktoś się chce jednak skusić, to tylko powiem, że można liczyć na piękne kadry i ścieżkę dźwiękową z udziałem m.in Radiohead. To jednak zdecydowanie za mało i mam nadzieję, że ekranizacja Norwegian Wood wyjdzie znacznie lepiej.

Nightmare Detective II - lubię Tsukamoto, ale mógłby już przestać chałturzyć w horrorowej pulpie.

Julie i Julia - mama prawie pękła ze śmiechu na seansie. Mi też się podobało - wesoło, interesująco i wzruszająco. To jeden z tych filmów, który nie oferuje nic nowego, ale ze znanych elementów składa się w bardzo apetyczną konstrukcję. I ta szarża Meryl Streep w roli amerykanki odkrywającej uroki kuchni francuskiej.

Super zioło - seans spóźniony o kilkanaście lat. Hip hop to już nie za bardzo mój klimat, ale muszę przyznać - fabuła momentami jest tak głupia, że aż śmieszna.

Wszystko jest iluminacją - twórczość Jonathana Safrana Foera ponoć jest ciężkim materiałem na ekranizację. Opowieść o amerykańskim Żydzie szukającym swoich przodków na Ukrainie okazuje się nietuzinkowym, eterycznym komediodramatem z chyba najlepszą rolą w dorobku Elijaha Wooda.

Jeszcze nie wieczór - film niezwykły, fabuła o mieszkańcach Domu Aktora Weterana w Skolimowie daje pretekst do rozważań o przemijaniu i relacji pomiędzy życiem i sztuką. Poruszający i przejmujący, a efekt ten pomogło uzyskać zatarcie granicy pomiędzy dokumentem a fabułą - niektórzy aktorzy grają postaci fikcyjne, inni "samych siebie". Ciekawe ilu z nich rozpoznacie z ról sprzed kilkudziesięciu lat?

Magia uczuć - dawno, dawno temu, na seminarium filmowym dla licealistów w Bydgoszczy niechcący obejrzałem "Celę" Tarsema Singha. Film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, bo czego się można było spodziewać po thrillerze z Jennifer Lopez? Okazało się jednak, że wszystko może uratować plastyczna wyobraźnia reżysera. Może? Na pewno nie w "Magii uczuć" - niby pomysł podobny jak w "Celi", ale właściwie brak tu scenariusza i tłumaczenie tego logiką marzeń czy snów jest bardzo pokrętne. Stronę wizualną pozostawioną samą sobie można tu określić tylko w jeden sposób - bezwstydny, męczący kicz.

Wino truskawkowe - produkt przeterminowany, wydaje mi się, że dziś rzeczywistość wygląda już trochę inaczej, niż w czasach, gdy powstawały Opowieści... Stasiuka. Filmowy realizm magiczny też kiepskiej próby. I o co chodzi z tą modą na zatrudnianie i dubbingowanie zagranicznych aktorów?

Zielona latarnia: pierwszy lot - tak to bywa, jak jakieś dvd się pojawi w zasięgu mojego wzroku. Zastanawiam się, jaka jest grupa docelowa tej głupiej kreskówki o kolejnym komiksowym superbohaterze.

Rewers - jak to dobrze pośród tych wszystkich "Katyniów" i "Generałów" obejrzeć tę czarną komedię, opowiadającą o polskiej historii z dystansem. Film nakręconyny w czerni i bieli, przedstawia barwną i wielowymiarową rzeczywistość. Może i niepozbawiony wad, ale na pewno wart polecenia.

Kebab connection - rozumiem, że film miał się spodobać środowiskom, o których opowiada. Ale nie oznacza to, że u mnie dostanie taryfę ulgową. Opowieść o ciężkim żywocie młodego Turka w Niemczech, którą swoim nazwiskiem firmuje sam Fatih Akin nie jest prosta, jest prostacka. A nawiązania do Szekspira żałosne.

piątek, 19 marca 2010
wtorek, 02 lutego 2010
Yes Men fix the World

Jestem szczerze zaskoczony, ale film nawet mi się podobał. Dlaczego zaskoczony? Bo moje dotychczasowe doświadczenia z zaangażowanymi lewicowymi dokumentami nie są zbyt pozytywne. Nie podobały mi się ani większośc dokonań Michaela Moora i mu podobnych (np. "Super Size Me"), ani poprzedni film o Yesmenach. Jak widać dawanie temu gatunkowi kolejnych szans nie jest złym pomysłem. Okazuje się bowiem, że autorzy się wyrabiają i robią po prostu coraz ciekawsze filmy. A to przekłada się na to, że w pamięci pozostaje już nie tylko nachalna lewackalewicowa agitka, ale i np. w tym wypadku naprawdę ciekawa i zabawna komedia. Wystarczy spojrzeć na plakat. Nie zmienia to jednak faktu, że filmy te mają jeden podstawowy problem. Nie tylko skłaniają nas do zawieszenia konwencjonalnego sposobu myślenia (to akurat jest bardzo pozytywne), ale i od razu w miejsce utartych schematów wciskają własne tezy, wciąż pod płaszczykiem hasła "myśl samodzielnie". I żeby było jasne, nie zamierzam tu bronić oczywistych przypadków karygodnych praktyk korporacji. Nie podoba mi się wrzucanie ich do jednego worka z ideą wolnego rynku itp. Można oczywiście pobawić się w grę "coś mi tu nie pasuje - jak bym obalił te argumenty". Jeśli ktoś ma ochotę, to z obejrzanych polecić mogę też "Sicko" wspomnianego M. Moore (jak widać, on też potrafi zrobić coś na przyzwoitym poziomie) czy wzruszający "Who killed the electric car?".

Wracając jeszcze na chwilę do Yesmenów, motyw Miltona Friedmana sprawia, że nasuwa mi się pytanie - czy doczekamy się przyzwoitej jakości polskiej antyglobalistycznej komedii z panem poniżej w roli adwokata krwiożerczych korporacji? :P

 

czwartek, 03 grudnia 2009
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7